Kuba

Wakacje powoli się kończyły, zieleń traciła swoją soczystą zieloną barwę, a każdy następny dzień stawał się coraz krótszy. Był to odpowiedni moment na planowanie wiosennej podróży. Raz, że zima mniej doskwiera, dwa że jest cel, do którego przyjemnie odlicza się krótkie, szare i nieprzyjemne dni.

Pomysł wyprawy na Kubę spadł dość niespodziewanie, ale tak jak podejrzewałem czytając program przygotowany przez Piotra był to strzał w przysłowiową dziesiątkę. Po kilku słowach z Piotrem, ustaliłem termin i się zaczęło… W kilka dni zgłosiło się ponad 20 osób, część z nich miała jechać ze mną po raz pierwszy…

Choć do marca pozostawało ładnych kilka miesięcy rozglądałem się od razu za połączeniami lotniczymi. Akurat nie trafiliśmy na żadne okazyjne ceny i połączenia, w związku z tym, postanowiłem poczekać. Nie rozpisując się o szczegółach, polecam Wam jednak kupowanie biletów lotniczych najszybciej jak się da… W naszym przypadku cena kupionych w styczniu biletów była normalna, jednak trasa nieco męcząca. Większość z licznej ekipy dotarła do Havany lecąc przez Amsterdam i Panamę… Zmęczenie na pewno zrekompensowały zakupy w tanich lotniskowych sklepach panamskich. Niezapomniany był też widok z powietrza na kanał panamski i stojące na redzie ogromne ilości statków. Panama City też prezentowała się okazale. Lśniące czerwienią zachodzącego słońca wieżowce wyglądały naprawdę imponująco. Nasza Warszawa niestety tak okazale się nie prezentuje. Po zakupach czekał nas już ostatni lot do Havany, do której dotarliśmy dość późno. Na miejscu czekał na nas Piotr – gospodarz i autor programu. Zawsze fajnie jest jak na drugim końcu świata umówiona osoba wypatruje turystów i po prostu czeka. Pamiętam, że nie zawsze tak było, czasami ten nasz przewodnik czy też opiekun spóźniał się, czasami mylił terminale, czasami nie mógł nas znaleźć…

Teraz było naprawdę ok., chociaż Renata i Bartek mieli problem z bagażem, co nas trochę opóźniło w zameldowaniu się na kolacji. Umęczeni podróżą i zmianą strefy czasowej chętnie zajmowaliśmy stoliki poddając się kulinarnym wyborom dokonanym prze Piotra. Wiedział on, że zamówienia indywidualne, a także nieznajomość języka hiszpańskiego i kuchni kubańskiej wydłuży nam tą kolację w nieskończoność. Szczerze, to jedzenie było średnie, ale ciepłe i pożywne. Nie pamiętam już co dokładnie jedliśmy, były to na pewno typowe dania kuchni lokalnej, która określana jest jako mało wyrafinowana… Główne jej danie to wieprzowina z ryżem i czarną fasolą oraz platanos – czyli smażony mączysty banan. Dopiero przed kolacją zebrała się cała nasza grupa – czyli licząc Piotra i mnie, aż 24 osoby. Jak się z czasem okazało, nie był to problem, ale okazja do poznania nowych ciekawych ludzi. Chociaż na początku grupa olsztyńska nieco nieufnie patrzyła na grupę warszawską, to im dłużej trwała nasza wyprawa, tym lepiej i fajniej się integrowaliśmy (kilka razy nawet za mocno). Pamiętam, że marzenie o Kubie, zawsze objawiało się w moich myślach starym amerykańskim autem, oraz rumem i cygarem. Już na lotnisku wszystko to co myślałem o tym kraju zaczęło pachnieć i być wymierne. Nie zgadzała się jedynie pogoda, bo nasz pierwszy kubański wieczór był po prostu chłodny, co Piotr odnotował wyraźnie jako swego rodzaju anomalię. Rześkie wieczory powtórzyły się jeszcze kilka razy, ale na szczęście aura się opamiętała i było już do końca pobytu gorąco, jak na Karaiby przystało…

Pierwszą kolacja i wieczorek zapoznawczy z powodu czekającego nas przejazdu musieliśmy sprawnie zakończyć, jednak imprezka przeniosła się do autobusu… Kto nie padł ze zmęczenia integrował się dalej smakując w sumie tani rum Havana Club i inne nieznane w naszym kraju marki.

Wcześniej, bo jeszcze na lotnisku wymienialiśmy pieniądze. W odróżnieniu od bratniej Wenezueli, na Kubie można zrobić to legalnie po normalnym kursie. Żeby nie było tak prosto, na Kubie istnieją obecnie dwie waluty. Jest to peso – stary pieniądz, którego w przeliczeniu 18:1 zastępuje powoli CUC. Jeden CUC to jeden dolar, łatwo było nam zatem wszystko na bieżąco przeliczać… Litr rumu można już było kupić za 2-3 CUC, lepszy rum za ok. 7 CUC, a najdroższe za kilkanaście CUC…

Podróż z Havany do naszego pierwszego miejsca, w którym mieliśmy spędzić najbliższy tydzień trwała kilka godzin. Zza autobusowych okien widać było niewiele, ale pomimo mroku stwierdzić było można że kraj to spokojny i przemysłu w nim brak. Ruch na drodze też praktycznie nie istniał; z rzadka mijaliśmy jakieś auta, najczęściej te stare amerykańskie.

Do Playa Larga dotarliśmy już w środku nocy. Nie było zatem łatwo rozlokować się w prywatnych kwaterach tzw. casach, które rozrzucone były w odległości kilkuset metrów od siebie. Podzieleni na grupki zajmowaliśmy pokoje licząc jeszcze na kilka godzin snu. Program bowiem był bezlitosny – za kilka godzin, po śniadaniu pierwsze nurkowanie! Ja zająłem domek wraz z Piotrem, organizatorem i Kubą , który na Kubie był tak jak i ja po raz pierwszy. Degustacja rumu Havana Club i słynnych cygar Cohiba, zajęła nam jeszcze nieco czasu, także sen skurczył się jeszcze bardziej. Po śniadaniu podanym przez Marię (jajecznica czyli tortilla, sok z arbuza, kawa i chrupkie pieczywo), naszą gospodynię, nieco zaspani i zdezorientowaniu ruszyliśmy na zwiedzanie miasteczka. Okazało się że przebywa w nim spora liczba turystów, a same miasteczko to długa ulica z casami dla turystów (i z domami dla gospodarzy znajdującymi się z tyłu), kilka restauracji, dwa sklepy i plaża na końcu zatoki świń. Senny, wiejski klimat raz po raz przerywały tylko przejeżdżające dostojnie auta i różnej konstrukcji pojazdy – skutery, motory, traktory i inne dziwolągi wymyślane miejscowych garażach. Przy okazji odwiedziliśmy z Kubą także inne domki i grupki naszych załogantów. Wszystkim podobała się formuła mieszkania z Kubańczykami w ich domach. Oczywiście z czasem pojawiały się różne problemy, ale naprawdę pomysł korzystania z takich miejsc pozwala lepiej poczuć miejscowy klimat. Okazało się że brak znajomości języka hiszpańskiego może czasami przeszkadzać, bo w Playa Larga nasi gospodarze raczej po angielsku nie mówili. Z resztą już po wizycie w Wenezueli wiem, że język hiszpański warto, a nawet trzeba znać… Nawet bariera językowa nie przeszkadzała jednak na sympatyczny kontakt i wymianę różnic kulturowych.

Nadszedł w końcu czas na pierwsze nurkowanie. Zebraliśmy nasz sprzęt i pod domkiem, gdzie mieszkała największa część naszej grupy czekaliśmy na transport. Nie do końca wierzyłem Piotrowi, który opowiadał że na nurki mamy jeździć żółtym amerykańskim gimbusem… Okazało się to jednak prawdą. Takim pojazdem na nurkowanie jeszcze nie jeździłem, podobnie z resztą jak pozostali… Żółty gimbus rozwożący rano i po południu pracowników jakiego zakładu państwowego, był wolny w środku dnia. Państwowe centrum nurkowe podnajmowało zatem kierowcę i pojazd do kolejnej usługi. Mniemam, że robiono to oficjalnie, bo Francis – szef centrum nurkowego w Playa Larga robił to ze zbyt dużym rozmachem, aby sprawa miała zostać poufna. Butle ładowane były zatem z tyłu autobusu, dalej wkładaliśmy torby ze sprzętem, a potem dumnie siadaliśmy na nagrzanych, mocno zużytych siedzeniach z dermy. Na początku każdy zrobił sobie fotkę siedząc za kółkiem tego amerykańskiego kultowego pojazdu, w ojczystym kraju wyrzuconego pewnie na złom, jednak tutaj eksploatowanego cały czas…

W środku poza gorącem przeszkadzał też spory hałas, ale klimat takiej jazdy na nurkowanie był naprawdę niepowtarzalny. Z Playa Larga jeździliśmy więc codziennie, najpierw rano, a później po lunchu i sjeście na nasze nurkowania. Całą ekipę podzieliłem na trzy grupy, każda dostała swojego przewodnika, i chociaż w tym miejscu nie wymagano od nas żadnych certyfikatów, ubezpieczeń; nie podpisywaliśmy też żadnych dokumentów, to jakoś udawało się to sprawnie ogarniać… Ja w swojej grupie miałem jednego początkującego – Bartek rozpoczął kurs OWD w Polsce i zakończył na Kubie. Miał więc wymarzone wręcz wejście w nurkowanie, a z racji tego, że radził sobie doskonale szkolenie nie było dla niego żadnym problemem. Pomagały w tym z pewnością warunki; ciepła i bardzo przejrzysta błękitna woda. Nie było też silnych prądów, a ukształtowanie dna było wręcz idealne. Biały piasek porastały korale i gąbki; wraz ze wzrostem głębokości rafa robiła się coraz bardziej spójna. Sto metrów od linii brzegowej, na mniej więcej 18 metrze łagodnie opadające dno kończyło się i pojawiał się wielki uskok.

Ściana opadała już na poważne głębokości, ale też skrywała bardzo ciekawe formacje skalne – kaniony i tunele, a nawet trzy wraki. Pomimo, że podobne do siebie nurkowania były świetne. Do tej pory znałem morze karaibskie od strony Meksyku (Cozumel), z drugą co do wielkości rafą barierową świata (po tej australijskiej), gdzie w sumie było podobnie, oraz południową jego część . Jednak wybrzeże wenezuelskie nie było tak atrakcyjne dla płetwonurków. Woda o zielonym zabarwieniu i ograniczonej przejrzystości skrywała mnóstwo ciekawych organizmów, ale okoliczności nie pozwalały na ich komfortową obserwację. W dobrych humorach, już po kolacji na której dominowały w końcu owoce morza i ryby udaliśmy się na spacer wzdłóż głównej ulicy. Głównym celem stało się odnalezienie sklepu… Okazało się jednak, że dystans do przejścia jest całkiem spory, więc trochę dlatego, ale i też dla zabawy zatrzymaliśmy wielkiego ziła z prośbą o podwózkę… Kubańczycy pękali ze śmiechu widząc jak nasza banda z wielkimi trudami gramoli się na pakę radzieckiej ciężarówki. W dobrych humorach dojechaliśmy w ten sposób do sklepu, który był zamknięty. Zafrasowany tym faktem kierowca, pomimo pasażerów i ustalonej trasy, zawrócił i podrzucił nas do otwartego jeszcze sklepu. W dowód sympatii dostał od nas rum i ciastka. Długo jeszcze wymienialiśmy uśmiechy i uprzejmości (pomimo językowej bariery); pasażerowie zamiast się wściekać na opóźnienie bili tylko brawo J

Szybko dokonaliśmy zakupów, głownie różnych odmian rumu. Degustacja przyniosła zwycięstwo rumowi – Santiago de Cuba, który kosztował ok. 7 CUC – czyli 20 zł za 0,70 litra brązowej cieczy… Degustowaliśmy sam rum i rum z colą – czyli jeden z najpopularniejszych i najstarszych drinków – Cuba libre. Butelkowana coca-cola znana była zaledwie od dziesięciu lat, kiedy uczestniczący w wojnie hiszpańsko-amerykańskiej na początku XX wieku, kawalerzyści Rough Riders zaczęli dolewać do niej rumu i wznosić toast Cuba libre! Obecnie poza lodem do drinka Cuba libre dodaje się często sok z limonki.

Rum z kolei to alkohol produkowany z trzciny cukrowej. Trunek ten zaczęto wytwarzać na Kubie już w XVII wieku, gdy rozwinęły się plantacje trzciny cukrowej. Wytwarza się go z melasy, która jest produktem ubocznym produkcji cukru.

Degustowaliśmy zatem rum przez cały nasz pobyt, degustowaliśmy też do tego cygara. Spróbował prawie każdy, pilnowaliśmy się tylko żeby degustacja nie wymknęła się spod kontroli, żal bowiem było odpuszczać nurkowania.

Fransis i jego ekipa w żółtym gimbusie zorganizowali nam ponad 10 nurkowań, w tym jedno nocne i jedno w cenocie!!! Nurkując w zatoce Świń zachwycaliśmy się bajecznym kolorem wody, jej przejrzystością i panującym pod powierzchnią klimatem. Jeżeli czegoś brakowało – to dużych ryb, których na całym świecie jest już coraz mniej… Tutaj prawdopodobnie zostały wyłowione, przyznać jednak trzeba, że jakiś stary, tradycyjny sposób, bo na Kubie nie można pływać na silnikach. Łódki rybackie były zatem jak nasze optymistki i ze swoimi małymi żagielkami wyglądały nieco dziecinnie. Oczy cieszyły na pewno licznie występujące gorgonie przypominające ogromne wachlarze. Koralowce te występują w ciepłych i nasłonecznionych wodach, są czymś pomiędzy koralowcami miękkimi, a twardymi. Największą kolonią w wodach naszej zatoki były oczywiście gąbki, niektóre tak duże, że dawało się w nich schować połowę ciała płetwonurka… Gąbki, jako przedstawicieli prymitywnych zwierząt wyróżnia brak symetrii, a także bardzo zmienna forma, kształt i kolor. Powoduje to, że mamy pod wodą okazję do oglądania mnóstwo cudownych form, które w nocy lub po podświetleniu latarką tryskają soczystymi kolorami.

Wśród ryb dominowały zeberki i ławice lucjanów, sporo było mniejszych gatunków. Do tego wszystko co występuje w ciepłych morzach: różne gatunki krabów (w tym taki, którego do tej pory widziałem jedynie na Kanarach – w Atlantyku), mureny, skrzydlice, ośmiornice, krewetki skrywające się w gąbkach, papugoryby, ogończe oraz żółwie. Z większych ryb sporo było barakud. Naprawdę widać, było, że rafa wyrastająca z jasnego piasku – żyje i jest w doskonałym stanie. Podwodne warunki były idealne dla fotografów. Brak prądów i przejrzysta woda bez łupieżu skłaniały do pstrykania. Oczywiście w tak dużej grupie znalazło się kilka osób gotowych do pozowania, a wytrenowani przeze mnie na innych wyjazdach szybko ustawiali się jak trzeba cierpliwie czekając, aż skończę… Nurkowaliśmy codziennie w innym miejscu – jeżdżąc coraz dalej w stronę Playa Giron. W kwietniu 1961 r., Playa Giron była jednym z dwóch lądowisk drogą morską dla około 1500 zbrojnych kubańskich emigrantów. Oczywiście upamiętniała to wydarzenie stosowna państwowa tablica… Tam właśnie w pięknie położonym miejscu spędziliśmy prawie cały dzień, pływając, opalając się i okupując państwowy bar z trunkami. Były one w cenie biletu, także zaraz po lunchu nie mając już w perspektywie nurkowań, sprawdzaliśmy tempo pracy barmanów…

Podczas naszych przejazdów na nurkowania pod kołami żółtego nimbusa, pomimo hałasu jaki generował zaczęło się dziwne chrupanie. Szybko zorientowaliśmy się że to odgłos pękających pod kołami chitynowych pancerzy krabów lądowych. Wędrujące masowo w okresie wiosny kraby przemieszczały się w stronę wody w celu rozmnażania. Proces trawa podobno aż kilka tygodni. Oddychające skrzelami pomarańczowe, czerwone i brązowe kraby unikając słońca wędrując z lasu do morza rankiem i wieczorem. Migrują wyłącznie samice, poddając się instynktowi złożenia jaj w wodzie. Są tak nastawione, że na wszystkie przeszkody bojowo podnoszą swoje szczypce, choćby sekundę przed śmiercią czającą się np. po kołem samochodu wyglądają bojowo… Dla nas był to niesamowity i straszny zarazem spektakl. Kierowcy zwalniali, próbowali omijać bezbronne skorupiaki, ale ich ilość przypominająca ruchomy dywan nie pozwalała za bardzo nic zrobić. Zapach, zmiażdżonych i rozkładających się krabów, oraz odgłos towarzyszący ich tragicznej śmierci pozostanie mi w głowie na zawsze…

Pomimo ciekawych nurkowań w morzu karaibskim, ciekawą alternatywą było nurkowanie w cenocie. Kubańskie cenoty bliższe są nurkowaniu jaskiniowemu. W „Cueva de los Peces” była to obszerna niecka z halokliną na głebokości 10 metrów. Później wpływało się do ciemnego tunelu na około 5 minut, a wypływało w komorze ze światłem. Powrót Francis zafundował nam głębszym tunelem, wypłynęliśmy w tej samej grocie, gdzie zaczęliśmy nurkowanie na głębokości 25 metrów. Udało mi także się z niewielką grupką najbardziej doświadczonych osób zaliczyć inny cenot, ale scenariusz Francisa był tak hardcorowy że nie będę o tym pisał…

Tak jak i ten nurek, taki i sam Francis oraz jego auto (wściekle zielona Alfa Romeo 156) byli odjazdowi. Choć prowadził on państwowe centrum nurkowe „woził” się on jak jego bogaty właściciel… Spóźniał się niemal codziennie, i był mocno wyluzowany. Znał dobrze angielski i wzbudzał postawę: „na baczność” u swoich kolegów z bazy… Najważniejsze że pod wodą i on i jego ekipa byli naprawdę świetni.

Pod koniec naszego pobytu w Playa Larga udaliśmy się na wycieczkę do Trinidadu. Ponad dwieście kilometrów na południowy wschód od naszego miejsca pobytowego pokonać mieliśmy starymi amerykańskimi klasykami. To kolonialne miasto założył w 1514 roku niejaki Velasquez i jest ono jednym z najstarszych miast na Kubie, sama podróż i jej cel zapowiadały się zatem arcyciekawie.

Faktycznie podstawiono nam trzy niebieskie stare klasyki oraz jednego współczesnego Vana. Początkowo powstał mały konflikt, bo każdy chciał jechać amerykańcem. W drodze powrotnej entuzjazm osłabł i ludzie się pozamieniali. W klasykach wymienione były silniki na diesla, nie było klimy i tyłki przyklejały się do dermy która pokrywała zamaszyste siedzenia. Był za to klimat co kawałek utwierdzany chrupaniem rozjeżdżanych krabów… Podróż była nieco męcząca, za to wolna jazda umożliwiała zwiedzanie… Szare typowe dla socjalistycznych mas bloki i proste budynki stawiane wśród palm wyglądały egzotycznie. Wszystko było starawe, nieco zapomniane i zapuszczone. W odróżnieniu od cywilizacji kapitalistycznej, nie było reklam tylko rewolucyjne bilbordy, pomniki i tablice z podobiznami: Che Guevarry, Chavezza i Fidela. Na ludzkich twarzach malowała się skromność i spokój. Na sklepowych półkach stał rum, były cygara i w zasadzie nic więcej… Widać było po prostu jak funkcjonuje dzisiaj komunizm siejący równość, ale na bardzo kiepskim poziomie.

Sam Trinidad to piękne, wspaniale położone 70-tysięczne miasto. Chociaż zniszczone, kolorowe budynki i ulice wyłożone kostką brukową na tle błękitnego nieba wypełnionego gęstymi, białymi obłokami wyglądały zjawiskowo. Po spacerze i zakupach wycelowanych w drogie niestety pamiątki usiedliśmy w restauracji. Smaczny obiad umiał występ, podczas którego Kubanka dała pokaz śpiewu i tańca w rytmie latino i salsa.

Tygodniowy pobyt w Playa Larga dobiegał końca, ale czekały na nas nowe przygody. Podróż do Viniales. W ciasnym autobusie trudy przejazdu pomagał nam znieść oczywiście rum…

Cała dolina Viniales rozłożona na północno – zachodniej części Kuby wpisana została przez UNECSO na światową listę dziedzictwa ludzkości. Dolina, o długości 15 kilometrów, wciśnięta pomiędzy Sierra de los Organos i Sierra del Rosario jest w rzeczywistości jedną wielką jaskinią wydrążoną przez podziemne rzeki, której sufit zapadł się jakieś 100 tys. lat temu. Porozrzucane po całej okolicy mogotes – 400-metrowe pagórki przypominające stogi siana – to „ściany” tego systemu jaskiń, których nie zdołała podmyć woda.

Przeczytałem w przewodniku, że ponad 150 tras o każdym poziomie trudności sprawia, że dolina uważana jest za najlepsze miejsce do wspinaczki na półkuli zachodniej. Dla nas kojarzyć się będzie jednak z niesolidnością kubańczyków (opóźniony transport na plażę), wycieczką konną
i wizytą w plantacji tytoniu. Najfajniejsza atrakcja wiązała się właśnie z wycieczką na koniach do miejsca gdzie widzieliśmy produkcję cygar, poznaliśmy mnóstwo tajnej wiedzy o nich, no i w końcu mogliśmy je profesjonalnie palić. Maczane w miodzie, zwinięte z liści pozbawionych żyłek – nie zawierały nikotyny i smakowały wyśmienicie.

Średnio za to wypadł wieczór kubański, gdzie pomimo wykupienia biletu z opcją open bar – mieliśmy kłopoty z wyegzekwowaniem nieograniczonej liczby trunków. Biedni Kubańczycy nie przewidzieli, że tyle można wypić… W sumie pokaz salsy i muzyka na żywo były dobrym tłem do degustacji Cuba Lbre, Mohito czy Pinacolady… Dziwne, bo rano głowa nie bolała, można zatem było ruszyć na plażę oddaloną o kilkanaście kilometrów… Jednak wtedy po raz pierwszy objawił się koszmarny charakter mieszkańców Kuby. Trafiliśmy akurat na zmianę czasu, o której lokalni kierowcy zapomnieli. Czekali na nas pod kwaterami o godzinę za wcześnie. Kiedy cała nasza banda zjawiła się o umówionym czasie – ich, zniecierpliwionych już nie było. Piotr szybko wziął się do roboty i w załatwił trzy nowe auta. Ale brakowało transportu dla mnie, Darka, Sławka
i Piotra właśnie. Los okazał się dla nas złośliwy. Dzień wcześniej podczas spaceru po Viniales nabijaliśmy się z jednego auta. Czerwony pojazd o nadwoziu coupe nawet z daleka nie budził zaufania. Pomalowany pędzlem, miał pod silnikiem sporą plamę oleju. Środek pomalowany brązową minią zawierał: deskę rozdzielczą z nierdzewki, z której dumnie wystawały dwa niebieskie kable do rozruchu silnika, i sporo spawów, a także wystających nitów.

Jak się okazało podczas koszmarnej jazdy, nie miał hamulców, zawieszenia, układ chłodzenia był dziurawy jak szwajcarski ser, kanapa z tyłu zupełnie się zapadła, nity wbijały się w kilka części naszych ciał, a z dachu sypała się rdza… Na domiar złego kierowca był zupełnym idiotą; do tego śmierdział i on i jego maszyna… Nie znał nawet drogi na plażę, nigdy tam nie był, co może zdumiewać, bo daleko tam nie było, a plaża okazała się cudowna. Można było pięknie odpocząć w oczekiwaniu na drogę krzyżową w powrocie do Viniales. Skwar na plaży zmuszał do kąpieli i szukania cienia. Podczas spaceru trafiliśmy na kliku podwodnych łowców, którzy w dość prostym i zniszczonym sprzęcie kończyli połowy. Każdy na drucie miał kilkanaście dorodnych ryb, które od razu patroszono i sprzedawano. Największe zaciekawienie kubańskimi łowcami wykazywał Andrzej, mistrz polski w podwodnym łowiectwie. Przyglądał się dokładnie sprzętowi chłopaków, przy okazji opowiadając nam o zasadach, przepisach i o technice połowów. Choć sam mam kartę podwodnego łowcy, poluję jedynie w Norwegii, nasze wody na przestrzeni lat mają coraz mniej życia, więc polowanie z kuszą uważam za niepotrzebny cios zadany i tak zaoranej już przyrodzie…

Następnego dnia też było ciekawie i wesoło. Usadowieni na koniach ruszyliśmy w trasę, której celem była plantacja tytoniu i lokalna fabryka cygar. Jadąc konno wśród pól z dojrzewającym tytoniem podziwialiśmy nietkniętą cywilizacją dolinę. Po ponad godzinie dotarliśmy nareszcie w miejsce z którego rozpościerał się przepiękny widok, który podziwialiśmy popijając drinki
i wypalając cygara, których smak wspomagał miód… Tak, tak; podano nam do wypalenia cygara o nieznacznej zawartości nikotyny (zawijane z liści z których usunięto żyłki…) i polecono obcięte końcówki zamoczyć w lokalnym miodzie… Cudo, zapach i smak nawet dla niepalących przypadły do gustu.

Pobyt w Viniales okazał się ciekawym przerywnikiem między nurkowym tygodniem w Playa Larga, a pobytem w Maria La Gorda. Mieszkaliśmy w hotelowych bungalowach i pojechaliśmy tam na nurkową ucztę. Mieliśmy zrobić 10 nurkowań mając aż 58 miejsc do wyboru. Ośrodek był fajny, stołówka przypominała mi dawne czasy i posiłki na koloniach, a państwowe centrum nurkowe okazało się naprawdę profesjonalne. Baza dysponowała dwoma łodziami, nasze nurkowania odbywały się bardzo punktualnie i sprawnie. Zachodni cypel wyspy to naprawdę dziewicze tereny i podobno po Jardines de la Reina najlepsze nurkowania na Kubie. Brak w tej części Kuby jakiegokolwiek przemysłu i infrastruktury turystycznej zapowiadał moc wrażeń. Faktycznie przejrzystość wody i jej odcień powalały. Pod wodą było nieco więcej życia niż w Playa Larga, duże ryby skupiały się w pięknych ławicach. Klimat znowu tworzyły jaskinie, tunele i ściany. Były też niezwykle rzadkie czarne korale i naprawdę sporo płochliwych graników. Poza tym pod wodą typowe piękne Karaiby – piękne i spokojne nurkowania w raju. Kilkudniowy pobyt upłynął nam na moczeniu się w wodzie, odpoczywaniu pomiędzy zejściami pod wodę – w barze na plaży i wieczornych imprezkach, które coraz bardziej spinały naszą sporą grupę. Rum i cygara kupowaliśmy w trakcie przejazdów, ale też nasz sklepik przy plaży pozwalał uzupełniać braki.

Próba charakterów nastąpiła pod koniec naszego wyjazdu w Hawanie. Zmęczeni przejazdem i późną porą, oczekiwaliśmy na pokoje prywatne w stolicy. Podczas długiej podróży Piotr opowiedział nam przez autobusowy mikrofon, jak zakwaterowanie ma wyglądać, że wszystko przygotował, obgadał itd. W ten sposób chciał zatrzeć w pamięci niektórych osób wszystkie niedociągnięcia i mniejsze problem, które jak wiemy zawsze w podróży się objawiają… Niestety cały prosty z zasady akt rozdysponowania pokoi na kilku hawańskich ulicach zamienił się w koszmar… Uprzejmość i serdeczność kubańska nic nie pomogła, bo pomimo przygotowanej przez naszego kubańskiego gospodarza listy nazwisk, to zadanie ich przerosło. Resztkami sił dotarłem wraz z Kubusiem do naszego pokoju. Gospodyni, prababcia z ok. setką wiosen na karku była jak zwykle sympatyczna, tylko że, my ni w ząb po hiszpańsku, a ona nic po angielsku. Zostało nam uśmiechanie się i kiwanie głową. Oczywiście wprawieni we wcześniejszych miejscach, od razu podaliśmy starej Kubance nasze paszporty… i poszliśmy spać. Następny dzień był fantastyczny. Całodzienne zwiedzanie Hawany zwieńczone przejazdem autobusem turystycznym z otwartym dachem i pożegnalną kolacją dobiliśmy spontaniczną imprezą, która dla niektórych zakończyła się godzinę przed wyjazdem na lotnisko… Podczas spaceru zaliczyliśmy najciekawsze atrakcje stolicy, zahaczając o pub w którym przesiadywał Hemingway. Hawana okazał się pięknym, niestety nieco zaniedbanym miastem; miastem z życzliwymi i uśmiechniętymi ludźmi, bez korków bez pośpiechu bez przepychu…

Generalnie plan mieliśmy taki, aby po kolacji wyspać się przed długą podróżą, ale atmosfera na ostatnim wspólnym posiłku była wyjątkowa, więc po zatrzymaniu kilku amerykańskich aut (mi trafił się kabriolet J) i dotarciu pod budynek parlamentu, zaczęliśmy nasz marsz po klubach… Ciężko opisać jak bawią się kubańczycy i turyści. To trzeba po prostu przeżyć. Wystarczy chyba że napiszę (jako średni amator imprezowania), że nic nie spałem i ledwo zdążyłem się spakować przed wyjazdem na lotnisko…

W niejednej relacji o Kubie można znaleźć opinię, że to właśnie mieszkańcy są tym, co w tym kraju najlepsze. Zwłaszcza u starszego pokolenia istnieją nadal wartości powoli znikające ze współczesnego świata: gościnność, serdeczność, otwartość czy uczciwość.
Kuba to ponoć jedyny tropikalny kraj, który stworzył własną, oryginalną kulturę. Widoczna jest przede wszystkim tradycja kolonialna, hiszpańska i wszechobecne echa rewolucji. Amerykańskie ikony dawnej motoryzacji, które coraz częsciej można uświadczyć tylko w muzeach, tutaj zalewają ulice. W hawańskim Chinatown czy rysach twarzy niektórych Kubańczyków można znaleźć żywy odcisk chińskiej kultury.
To na pewno jedyny kraj w swoim rodzaju, dlatego warto odzwiedzić go, zanim jego autentyczność zacznie blednąć.